Tajemnice
Starego Helu.....

Mirosław Kuklik
(wybrane artykuły cytowane za zgodą AUTORA)

Powiększ zdjęcie!!!

O helskiej dzwonnicy miejskiej...

Jedną z architektonicznych atrakcji przedwojennego Helu była drewniana wieża, która od niepamiętnych czasów stała w samym środku ulicy Wiejskiej (widoczna na fot.powyżej!), naprzeciw domu mieszczącego obecną "Lwią Jamę". Wieża ta, ze względu na zawieszony w niej dzwon alarmowy, określana była mianem "Glockenturm" (dzwonnica). Była to budowla wyjątkowa - na całym Pomorzu nie było drugiej, równie starej budowli spełniającej taką funkcję.

Czas powstania helskiej dzwonnicy miejskiej nie jest jednoznacznie ustalony - dla przedwojennych mieszkańców Helu wieża po prostu "była", stanowiąc oryginalny element zabudowy ulicy. Przypominała (oczywiście w skali helskiej) wieżę starego ratusza krakowskiego, samotnie stojącą na Rynku Starego Miasta dawnej naszej stolicy. Obie te budowle były pozostałością po zburzonych budynkach głównych - starym krakowskim ratuszu i helskim wójtostwie.

Piętnastometrowej wysokości dzwonnicę otaczały charakterystyczne dla dawnego Helu lipy. Ich szczelny kordon sprawiał, że latem wieża była prawie niewidoczna. Dopiero gdy liście opadły z drzew można było ją w pełni podziwiać. Kwadratowa w przekroju, o szerokości sięgającej 3,5 m wieża posadowiona była na niskiej, ceglanej podmurówce. Jej drewnianą konstrukcję obito pionowo ustawionymi deskami. Czterospadowy, namiotowy dach pokryty był początkowo gontem, który na początku naszego wieku zastąpiono ceramiczną dachówką. Dach zwieńczony był wysokim, metalowym prętem, stanowiącym oparcie dla ozdobnego wiatrowskazu, bacznie obserwowanego przez helskich rybaków przed każdym wyruszeniem na połów.

Latem, gdy wokół wieży ustawiano ławki, było to ulubione miejsce wypoczynku i spotkań mieszkańców i kuracjuszy.

Początków helskiej dzwonnicy miejskiej doszukiwać się można już w okresie lokowania nowego miasta, czyli na przełomie XV i XVI wieku. Jak wynika z dokumentów pochodzących z tego okresu, w środku nowego Helu zlokalizowano budynek wójtostwa, do którego przylegała dzwonnica. Spełniała ona dwojaką funkcję: po pierwsze - umieszczony na niej dzwon oznajmiać miał mieszkańcom o zagrożeniu pożarem czy sztormem, informował o zwoływaniu publicznych zebrań, a w okresie braku dzwonów na wieży kościelnej powiadamiał też o zbliżającym się nabożeństwie, po drugie - było to więzienie. Dawne władze lokalne miały przywilej sprawowania sądów, musiały więc posiadać miejsce, w którym przestępcy oczekiwali na wyrok - dół wieży spełniał więc rolę tak zwanej ciemnicy (temnitz). Z taka przeszłością nasza wieża musiała cieszyć się złą sławą. Zazwyczaj znajdował się na niej tylko jeden dzwon alarmowy, ale w roku 1864, gdy szalejący sztorm zniszczył wieżę kościelną, przeniesiono do "glockenturm" również dwa dzwony z helskiej świątyni. Wisiały one tu, aż do zakończenia remontu kościoła, tj. do roku 1888. Później, ponownie, już tylko pojedynczy dzwon nadal alarmował mieszkańców.

W okresie międzywojennym pieczę nad wieżą sprawował Naczelnik Stacji Ratownictwa Brzegowego w Helu Jacob Schmmel. Jego zadaniem było zwoływanie mieszkańców na wypadek pożaru, czy wejścia w pobliżu Helu statku na mieliznę. Z racji swojej funkcji był on przez długi czas pierwszym i jedynym posiadaczem telefonu w naszym mieście. Natomiast pomieszczenie dawnej ciemnicy było dzierżawione do roku 1936 przez właściciela "Lwiej Jamy", który magazynował w niej puste beczki po piwie i winie.

Nieliczni dawni mieszkańcy, którzy powrócili po zakończeniu wojny do Helu musieli przyzwyczaić się do wielu zmian - również do braku "glockenturm". Trudno było też ją odbudować - tam gdzie kiedyś stała przebiega obecnie oś głównej helskiej ulicy. Licząca prawie cztery wieki dzwonnica zniknęła z krajobrazu naszego miasta. Może kiedyś, gdy ulica wiejska stanie się deptakiem z prawdziwego zdarzenia, z przywróconym oryginalnym, osiowym jej układem (drzewa, studnie, ławki zlokalizowane w osi jezdni), władze naszego miasta pokuszą się również o odtworzenie wieży, która z drewnianymi studniami i okalającymi wszystko lipami przybliżyłaby historyczny wygląd ulicy Wiejskiej, taki jaki był tu jeszcze 60 lat temu.

O helskiej kolonii rybackiej... zobacz galerię zdjęć!

Do początku naszego stulecia zabudowania Helu od strony północno-zachodniej kończyły się zaraz za obecnym kościołem poewangelickim. Dalej w kierunku Jastarni znajdowało się zaledwie kilka domków, oddzielających miasto od terenów leśnych. Na granicy lasu znajdował się jeszcze, ogrodzony drewnianym płotem, cmentarz wykorzystywany do grzebania rozbitków nie-ewangelików lub osób, których tożsamości helanie nie byli w stanie określić.

Obszar ten, sięgający obecnego terenu zajmowanego przez Komendę Portu Wojennego, a nazywany dawniej helskim dworem, rozpoczęto zabudowywać dopiero pod koniec lat 20-tych naszego stulecia. Dokładnie 70 lat temu, latem roku 1927, Okręgowy Urząd Ziemski w Grudziądzu przejął te tereny, przeznaczając je na cele związane z osadnictwem w Helu rybaków pochodzenia polskiego. Rozpoczęto wówczas sporządzanie list kandydatów, dla których z kredytów Państwowego Banku Rolnego miały być wzniesione jednorodzinne domy. Kandydatami do zamieszkania w kolonii polskiej byli przeważnie rybacy morscy nie posiadający jeszcze własnych domów, a pochodzący z innych miejscowości wybrzeża.

Do akcji wznoszenia budynków dla rybaków polskich, która miała przyczynić się do zrównoważenia stosunków etnicznych w Helu, zdominowanym wówczas przez mieszkańców pochodzenia niemieckiego (legitymujących się często obywatelstwem Wolnego Miasta Gdańska) przymierzano się już od roku 1921. Rybacy z Helu przeważali zdecydowanie zamożnością i możliwościami nad rybakami z pozostałych nadmorskich osiedli kaszubskich. W ich posiadaniu był jedyny, należycie urządzony port oraz ponad 80 % kutrów motorowych zarejestrowanych na naszym wybrzeżu, w pobliżu Helu znajdowały się dostępne zimą łowiska szprotów i łososi - ryb stanowiących wówczas podstawę utrzymania.

Rybacy kaszubscy, gdy tylko zamarzła Zatoka w pobliżu ich miejscowości, musieli przenosić się ze swoim sprzętem do Helu, gdzie zazwyczaj mieli problemy z zakwaterowaniem. O tych problemach pisał w roku 1922 "Rybak Polski": Od dawna oczekiwane szproty zjawiły się na wodach terytorialnych i połów ich między Helą i Gdynią rozpoczął się. Niestety, z obfitych połowów zimowych szprota nie mogą korzystać wszyscy rybacy naszego wybrzeża, bo dla ich uprawiania trzeba mieszkać w okresie zimowym w Helu. Niektórzy rybacy mieszkają wprost na swoich łodziach przy mrozie, inni wynajmują mieszkania od helan. Ci ostatni niechętnie jednak dają schronienie przybyszom - Polakom i o ile się da wyzyskują ich straszne. Pewna Niemka pobiera od każdego z piętnastu rybaków, mieszkających u niej sumę 300 marek miesięcznie. Nadzwyczaj ważnym dla rybaków byłoby uzyskanie działek na Helu i przeniesienie się tam na stałe. Gdyby rybak miał zapewniona parcele na Helu przeniósłby się tam od razu, a byłoby to z wielka korzyścią i dla niego i dla państwa, bo stworzyłoby przeciwwagę wrogiemu polskości żywiołowi niemieckiemu, a rybakowi dałoby możność podnieść swój zarobek.

Sprawa osadnictwa polskich rybaków w Helu napotykała jednak stale na trudności. W jednym z kolejnych numerów "Rybaka Polskiego" czytamy: Podobno sprawę osadnictwa rybackiego na Helu hamują jeszcze pewne koła, które chcą widzieć całe wybrzeże jako miejsce kuracyjne i wypoczynku letniego wyposażone piękne budynki i parki a nie chcą dostrzec tak ważną stronę gospodarczą...
Wreszcie w roku 1925, z inicjatywy starosty powiatu puckiego Bolesława Lipskiego, zbudowano dwa duże domy, przeznaczone na zimowy kwaterunek dla rybaków z innych wiosek Półwyspu.

Budowa całej kolonii polskich domów w Helu rozpoczęła się w roku 1927. Było to pierwsze przedsięwzięcie prowadzone przez nowo powołany Państwowy Bank Rolny, który otrzymał na ten cel fundusze z Ministerstwa Reform Rolnych. Przewidywano, że w okresie do roku 1930 powstanie 60 nowoczesnych domów, wzniesionych w stylu, który jednoznacznie miał kojarzyć się z Polską. Założono, że inspiracją będzie polski dwór szlachecki. Tej właśnie inspiracji zawdzięczamy malownicze ganki, opierające się na kolumnach lub arkadach, tak charakterystyczne dla naszej kolonii rybackiej. Powierzchniowo budynki nowego osiedla były niewielkie, zawierały się w kwadracie 8,60m x 8,60m. Na parterze posiadały dwa pokoje z kuchnią oraz komórką, a na poddaszu 3 małe pokoiki. Domy z założenia miały być nie podpiwniczone. Koszt każdego z budynków kolonii wyceniono na 15.000 zł, co było sumą dość pokaźną i, jak się wówczas oceniało, zawyżoną (obliczano, że w tym okresie podobny dom w Helu można było wznieść sposobem gospodarczym już za 8-9 tys. zł).

Rybacy, mieszkający poza Helem i przebywający często w morzu, nie byli jednak w stanie doglądać swoich budów, zdając się całkowicie na nadzór Państwowego Banku Rolnego, który kredytował prace. Nie przewidywano, że wkrótce nastąpi "wielki kryzys", który szczególnie mocno dotknie rybaków. Wraz z kryzysem rozpoczęły się kłopoty ze spłatą kredytów. Raport Morskiego Urzędu Rybackiego mówił jednoznacznie, że taki stan rzeczy grozi rybakom kompletna ruiną: wielu straciło już nadzieję na utrzymanie się w kolonii i z trwogą czeka egzekucji, gdyż ze wszystkich stron grozi im licytacja. Zrozpaczeni rybacy wspierani przez MUR wystosowali dwie petycje, jedną do Państwowego Banku Rolnego w Warszawie, drugą zaś - do Okręgowego Urzędu Ziemskiego w Grudziądzu, oba z prośbą o przyznanie ulg w spłatach zaciągniętych przez nich pożyczek na budowę osady rybackiej oraz o obniżenie opłaty za przydzielona pod budowę ziemię. Dzięki petycjom udało się szczęśliwie umorzyć część rybackich długów.

Dwa pierwsze budynki kolonii, położone bezpośrednio nad Zatoką, kształtem i wielkością odbiegają od innych. Pierwszy z nich zamówiony został przez Stację Morską w Helu i mieścił na parterze Muzeum Przyrodnicze (patrz HB nr.28), a na górze pokoje gościnne dla naukowców i studentów przybywających do Helu na letnie kursy biologii morza. Połowa drugiego budynku została zakupiona przez jedynego stałego pracownika naukowego Stacji - Kazimierza Demela, który zamieszkał tu wraz z małżonką w roku 1930, przeznaczając część pokojów na pensjonat nazwany od imienia żony "Jaentte".

W jednym z pobliskich domów zamieszkał również młody pracownik techniczny stacji Augustyn Necel, który w przyszłości dał się poznać jako znakomity pisarz regionalny. W swojej drugiej dużej powieści pt. "Maszopi" tak wspomina moment osadzania się na kolonii rybackiej: ... Patrzyłem w lewo, na nowo budujące się osiedle rybackie. Jasne domki z polskimi ganeczkami wyrastały jak grzyby po deszczu. - Patrz, tam buduje się kolonia rybacka - powiedziałem do Agnieszki - powstaje nowy, polski Hel, ja też buduję tu dom...

Po sprowadzeniu nowych rodzin rybackich do Helu w roku 1929 zanotowano w naszym mieście obecność 400 Polaków na 900 stałych mieszkańców. Kolonia podzieliła Hel na dwie odrębne kulturowo i etnicznie dzielnice. Podział ten musiał być dość wyraźny, skoro mieszkańcy starej części Helu wystąpili w roku 1929 z wnioskiem o przyłączenie kolonii do Gminy zbiorowej Hel z siedzibą w Jastarni (!), podkreślając w ten sposób odrębność nowych osadników, nie-ewangelików. Wniosek ten oczywiście upadł.

Innym problemem kolonistów była budowa bezpośredniej drogi z ich osiedla do portu. Gazeta polskich rybaków morskich "Ryba" z kwietnia 1932 roku tak opisała te kłopoty: Od dłuższego czasu mieszkańcy koloni rybackiej w Helu czynią starania o wybudowanie nadmorskiej drogi, która by łączyła bezpośrednio kolonie z portem. Rybacy, nie mając bezpośredniego połączenia z portem, muszą się tam dostawać drogą okólną. Połączone są z tem duże trudności i bardzo wiele czasu się traci; dodać należy, że kolonia jest o wiele więcej oddalona od portu, niż osiedle niemieckich rybaków, a rybacy codziennie, często kilkakrotnie, muszą przewozić narzędzia rybackie z domu do portu lub odwrotnie. ... Należy nadmienić, że teren potrzebny gminie do wybudowania publicznej drogi, od szeregu lat leżu zupełnie bezużyteczny, rozkopany dołami i zaniesiony kupami śmieci oraz jest oddzielony zabudowaniami helan od terenów leśnych. Nic więc nie powinno przeszkadzać oddaniu tego terenu gminie dla rozwoju polskiej kolonii w Helu.

Miała Kolonia Rybacka szansę, aby stać się malowniczą enklawą naszego miasta. Terenem z zachowanym, jednorodnym pod względem architektonicznym i historycznym stylem, który dla współczesnych Polaków może być świadectwem dążenia rządu II Rzeczypospolitej do zabezpieczenia interesu Ojczyzny, na obszarze niewielkiego wówczas wybrzeża. Niestety, nie potrafimy uszanować nawet symboli. Nie przywiązujemy wagi do świadectw historycznych, nawet gdy mają one związek z naszym patriotyzmem.

Po II wojnie światowej, pomimo objęcia terenu kolonii strefą ochrony konserwatorskiej (patrz Plan Przestrzennego Zagospodarowania Helu z roku 1989), wśród stylowych, klasycznych domków powstały i powstają bezgustowne kamienice-pensjonaty, pokraczne zabudowania gospodarcze. Rozpoczęto zmasowaną akcję zamurowywania kolumnad i arkadowych ganków. Zdarzają się także przypadki spłaszczania, pierwotnie wyraźnie dwuspadowych, dachów dla stworzenia dodatkowej przestrzeni lokalowej.

Na szczęście kilku właścicieli z wielkim pietyzmem zachowuje pierwotny kształt swoich historycznych budynków. I to właśnie te domki wzbudzają zachwyt wśród odwiedzających tę część naszego miasta gości, którzy często przypadkowo trafiają na obszar kolonii rybackiej, dziwiąc się istnieniu w Helu tak odmiennej i tak swojskiej architektury

O Lwiej Jamie ...

Podgląd
sala Lwiej Jamy
Podgląd
ogród Lwiej Jamy

Nie możemy obecnie narzekać na brak w Helu lokali gastronomicznych. Reprezentują one najróżnorodniejsze style pod względem wystroju, standardu wyposażenia, poziomu gastronomii czy poziomu i stylu obsługi klienta. Prawie każdy mieszkaniec i turysta może znaleźć u nas "coś" dla siebie. Przedstawię na podstawie dostępnych mi dokumentów i opisów najstarszą i jedną z popularniejszych w okresie przedwojennym helską restaurację o bardzo charakterystycznej nazwie "Lwia Jama".

Określenie to związane jest z drewnianą płaskorzeźbą wiszącą w obramieniu z daszkiem bezpośrednio nad frontowymi drzwiami, a przedstawiającą Daniela w lwiej jamie. Scena ta zainspirowała zapewne pierwszego właściciela lokalu do nadania tej oryginalnej nazwy. Nieznane jest pochodzenie tej rzeźby, podobnie zresztą jak i kamiennego "tonda" (okrągłej płaskorzeźby) przedstawiającego lwią paszczę, które do pożaru w roku 1972 znajdowało się we frontowej ścianie przybudówki. Być może oba te dekoracyjne elementy pochodzą z jednego z licznych okrętów, jakie rozbiły się w pobliżu Helu.

Pierwotny budynek mieszczący "Lwią Jamę" pochodził co najmniej z XVIII w. Był to typowy dla Helu, szkieletowy, niepodpiwniczony dom rybacki, o charakterystycznym asymetrycznym kształcie, z deskowanym szczytem. Pod koniec wieku XIX został on zmodernizowany i przebudowany na restaurację istniejącą tu do czasu wojny (w ostatnim okresie była kasynem podoficerskim). Po roku 1945 przebudowano wnętrze na kino (istniejące tu do roku 1964), a później mieścił się tu m.in. zakład fotograficzny A. Wołkowskiego.

Stary budynek spłonął podczas tragicznego pożaru, jaki miał miejsce 1972 roku. Szczęśliwie, chociaż częściowo nadpalona, ocalała historyczna płaskorzeźba, która po zakończeniu rekonstrukcji budynku powróciła na swoje miejsce.

W okresie międzywojennym do kompleksu restauracyjnego określanego jako "Lwia Jama" wchodził również sąsiadujący od strony południowej budynek datowany na odrzwiach na rok 1817, który jeszcze nie tak dawno uchodził wśród historyków i architektów za najmniej zmieniony i przebudowany z helskich domów (mieściła się w nim ostatnio Izba Regionalna PTTK) - niestety został bezmyślnie rozebrany na początku lat 90, wskutek jakiejś trudnej do zrozumienia decyzji.

Za tymi budynkami znajdowało się obszerne podwórze, które na sezon stawało się obszerną salą restauracyjną na wolnym powietrzu.

Najstarszy opis "Lwiej Jamy" pochodzi z napisanego w języku niemieckim przewodnika H. Mankowskiego "Die Halbinsel Hela": ...
Na ulicy Wiejskiej po stronie morza znajduje się "Lwia Jama" - najstarsza gospoda w Helu. Cieszy się ona dużym powodzeniem i każdy przyjezdny, który postawi nogę na Helu, złoży jej z pewnością wizytę i nie musi się obawiać, że zostanie pożarty przez lwa. Od 1.05.1905 r. w Lwiej Jamie zmienił się gospodarz i zawitało tam nowe życie. Na ścianach widoczne są sztucznie utkane sieci rybackie, co nadaje im niepowtarzalnego wyglądu.

Z relacji tej wynika, że to tutaj zapoczątkowano modny obecnie styl wystroju restauracji, polegający na dekorowaniu wnętrza przedmiotami regionalnymi. Na jednym z zachowanych starych zdjęć widoczny jest duży model żaglowca wiszący obok wejścia i jadłospis wypisywany codziennie kredą na czarnych okiennicach gospody.

Inny opis wnętrza "Lwiej Jamy" znajdujemy w drugiej powieści Augustyna Necla pt. "Maszopi" (Necel, który przed wojna mieszkał w Helu, na pewno dobrze zapoznał się z tym wyszynkiem):

... doszli do domostwa z pruskiego muru. Nad drzwiami jego widniało nieduże wyżłobienie, w nim zaś znajdowały się płaskorzeźby dwóch grzywiastych lwów i proroka Daniela. (...) Weszli do rybackiej gospody. Była to duża ciemnawa izba o niskim drewnianym suficie. W rogu stało kilka baryłek piwa. Po przeciwnej stronie przy bufecie, tkwił wysoki szynkarz Feierabend. Na polskie pozdrowienie gości odparł: - Guten Tag! Naprzeciw drzwi wisiała podobizna Ottona Bismarcka, a w kącie za drzwiami widniał wizerunek grubego feldmarszałka z podkręconym butnie wąsem. (...) Abraham z odrazą popatrzył na te pruskie gęby...
- Gdzieś ty nas wprowadził? - rzekł do Gojki. - Toć tu jest jakaś pruska kuźnia.
Rzeczywiście, do początku lat dwudziestych nie było w Helu polskiej gospody, a Kaszubi przybywający masowo zimą na połowy szprota, musieli korzystać z niemieckich wyszynków, o czym świadczą zachowane tradycyjne kaszubskie powiedzenia, związane z "Lwią Jamą", jak np. to znalezione w zbiorze Leona Roplla:
- W krómie u Feierabenda na Hélu nôprzód bél "machandel z knëplem" (jałowcówka, do której dodawano knëpel tj. patyczek do mieszania), a ciéj chłop przeszedł dodom, téj zôz knëpel béł w roboce.

Kurhaus helski ...

Podgląd
Pomost Kurhausu w Helu
Podgląd
Kurhaus w Helu

Z istniejących niegdyś na Cyplu Helskim budynków letniskowych przypomnieć należy przede wszystkim dom zdrojowy, czyli Kurhaus. Powstał on po oficjalnym otwarciu kąpieliska morskiego w Helu, które miało miejsce 21 czerwca 1896 roku. Towarzystwo Żeglugi Parowej "Wisła" z Gdańska postanowiło wówczas wznieść w helskim kurorcie obiekt, który miał spełniać nawet najwybredniejsze wymogi socjalne bawiących tu gości. Budowę Kurhausu, według projektu znanego niemieckiego architekta Franza Henkenhafa, rozpoczęto w październiku 1898 r., a zakończono po zaledwie 8 miesiącach prac. Obiekt ten architekturą nawiązywał do popularnego w tamtym okresie stylu romantycznego, zawierającego elementy budownictwa norweskiego i tyrolskiego.

O architekturze tego pięknego obiektu, zaprojektowanego przez Franza Henkenhafa, twórcy m. in. wspaniałego domu zdrojowego Scheveningen czy reprezentacyjnych willi przy gdańskiej ulicy "Jaśkowa Dolina", już pisaliśmy na łamach naszej gazety. Żeby się nie powtarzać, odtworzę dziś dla państwa, zapisany w kilku relacjach, przebieg helskich uroczystości sprzed 100 lat, których rozmach może nadal imponować. "Kurhaus" powstał w dwa lata po oficjalnym zaliczeniu Helu w poczet kąpielisk morskich, zaspokajając wnioskowaną od początku potrzebę stworzenia tu miejsc noclegowych o odpowiednim standardzie. Głównym inwestorem obiektu było Towarzystwo Żeglugi Parowej "Weichsel" z Gdańska - właściciel całego kąpieliska oraz statków utrzymujących regularną komunikację pomiędzy Helem a Gdańskiem. Budowę rozpoczęto w październiku 1898 r., a zakończono w rekordowo krótkim czasie 7 miesięcy. Dzień otwarcia wyznaczono na Zielone Świątki, obchodzone wówczas 20 maja 1899 roku. Nie była to data zupełnie przypadkowa. Zgodnie z popularną legendą, w dniu tym można dostrzec pod wodą mieszkańców i domy starego, zatopionego za grzechy Helu. O godzinie 14.00, z Długiego Pobrzeża nad Motławą w Gdańsku odpłynął w stronę Helu ustrojony girlandami i kolorowymi chorągiewkami,, parowiec "Drache". Na jego wypełnionym muzyką pokładzie znalazło się wiele wybitnych osobistości ówczesnych Prus Zachodnich, z nadprezydentem generałem v. Heydebreck na czele. Wśród gości znaleźli się także: zastępca prezydenta rządu, starosta powiatowy, burmistrz Gdańska, szefowie władz portowych i komunikacyjnych, deputowani do landtagów. Uroczystości w Helu rozpoczęto od zwiedzania nowego obiektu. Następnie udano się do obszernej jadalni, w której gospodarz obiektu Albrecht przygotował poczęstunek, który pasowałby również na królewskie przyjęcia. Wymienię tylko kilka z potraw, które znalazły się wówczas na stole: zupa rakowa, zrazy a la Diplomate, łosoś w sosie Bearnaise'a, praska szynka a la Chantilly, potrawa z homara en bellevue, sztrasburski pasztet z gęsi, młode gęsi hamburskie, do tego desery, sałatki i owoce, i oczywiście liczne markowe trunki. Do stołu zasiadło około 50 osób. Rozpoczęły się toasty. Jako pierwszy głos zabrał radca Gossler. Swoje przemówienie o perspektywach, jakie roztaczają się przed Helem, zakończył toastem na cześć cesarza, w ślad za którym wystosowany został natychmiast telegram następującej treści:

Jego Majestat Cesarz. Poczdam.
Zebrani celem uczczenia i poświęcenia nowego Domu Zdrojowego, dla dokonania jego otwarcia, wyrażamy naszą najgłębszą cześć Waszemu Majestatowi i pozwalamy zapewnić o naszej niezmiennej wierności.

Odpowiedź, która przyszła na ręce inicjatorów dwa dni później brzmiała:

Do Nadprezydenta Ekscelencji v.Gosslera
Jego Majestat Cesarz i Król pozwala sobie przesłać najlepsze podziękowanie zebranym na uroczystości otwarcia Kąpieliska Morskiego w Helu (sic) za wyrazy wiernopoddańczej czci.
Z najwyższego rozkazu v. Lucanus.

Kolejnym toastom nie było końca. Warto zacytować mały ustęp z przemówienia radcy tajnego Gibsone:

...przez tyle wieków Hel był pasierbem Gdańska i traktowany był po macoszemu, teraz szybko stał się jego ulubieńcem. Dopiero od kiedy półwysep nie należy do Gdańska, bo jak wiadomo 25 lat temu darował państwu prawie cały zasób leśny i wydmowy - a więc kiedy kraj nie do odzyskania był stracony, wzrósł on znowu w oczach gdańskiej ludności.

W imieniu mieszkańców podziękowania wyraził pastor Seeger, a gdański pisarz Eduard Pietzcker odczytał napisany z okazji tego święta swój "Pieśń na cześć Helu". Nie zapomniano też o budowniczym helskiego portu, panu Kummerze, do którego również wysłano telegram - wszak to dzięki portowi możliwe było stworzenie w Helu kurortu. Na morzu w tym czasie odbywał się popis zręczności gdańskiego klubu żeglarskiego "Godewind". Przyjęcie trwało długo i dopiero po północy rozbawione towarzystwo wróciło do Gdańska. Następnego dnia "Kurhaus" zaczął normalnie przyjmować pierwszych letników.

Zwieńczony wieżyczkami dwupiętrowy budynek otaczały liczne balkony. Spod parterowej werandy wybiegał 150-metrowy drewniany pomost, przy którym w pogodne dni cumowały statki pasażerskie. Kurhaus posiadał 25 pokoi gościnnych, w większości z widokiem na morze, w których jednorazowo mogło przebywać 70 gości. W 1909 roku otoczono go oszklonymi werandami, które zamknęły wewnętrzny ogród zdrojowy i chroniły gości przed dokuczliwymi wiatrami. W środku ogrodu urządzono korty tenisowe oraz fontannę tryskającą wodą mineralną. Po 1920 roku obiekt ten przejęty przez polską spółkę "Hel - Kąpiele Morskie" i przemianowany na "Polonię" stał się jedynym z najznakomitszych hoteli na naszym wybrzeżu. Gościł w nim m.in. trzykrotnie, w latach 1920-1923 Stefan Żeromski oraz, w sierpniu 1927 roku, Karol Szymanowski. Budynek Kurhausu został ostatecznie zniszczony podczas walk w 1939 roku. Pozostała po nim tylko zachowana fragmentarycznie palisada pomostu.

Webmaster czeka na Twoje uwagi : valle@hela.com.pl

Jeśli byłeś w Helu, lub jeśli chcesz tam pojechać, jeśli Cię ta strona zainteresowała -

odwiedzaj nas często i powiedz innym!!!

tu zawsze swieci slonce..